Jednakże dopiero po dniach dziesięciu toboły były rozdzielone, mniej potrzebne pochowane w jaskiniach, potrzebniejsze dostawione do „Krakowa” – konie sprowadzone również na cypel, a
W pustyni i w puszczy, rozdział 34, str 1 |
230
Nazajutrz poranne słońce oświeciło dziwne widowisko. Staś
chodził wzdłuż skalnej ściany, zatrzymywał się przed każdym
Murzynem, skrapiał mu czoło wodą i wymawiał nad nim
sakramentalne słowa. A oni spali z drżeniem rąk i nóg, z głową
spuszczoną na piersi lub podniesioną do góry, żywi jeszcze, a
podobni już do trupów. I tak się odbywał ten chrzest śpiących, w
ciszy porannej, w blasku słonecznym, w głuszy pustynnej. Niebo
było tego dnia bez chmur, wysokie, siwobłękitne i jakby smutne.
Linde był jeszcze przytomny, ale coraz słabszy. Po opatrunku
wręczył Stasiowi zamknięte w blaszanym futerale papiery, polecił je
jego opiece i nie przemówił nic więcej. Nie mógł już jeść, ale pragnienie dręczyło go okrutnie. Znacznie przed zachodem słońca zaczął majaczyć. Wołał na jakieś dzieci, by nie odpływały za daleko na jezioro, a w końcu jął się rzucać w dreszczach i obejmować głowę rękoma. Następnego dnia wcale już Stasia nie poznał, a w trzy dni później zmarł w samo południe, nie odzyskawszy przytomności. Staś opłakał go szczerze, po czym obaj z Kalim zanieśli go do pobliskiej wąskiej jaskini, której otwór założyli cierniem i kamieniami. Małego Nasibu zabrał Staś do „Krakowa”. Kalemu zaś kazał pilnować na miejscu zapasów i palić nocami przy śpiących wielki ogień. Sam krążył ciągle między dwoma wąwozami, przewożąc toboły, broń, a szczególniej ładunki do remingtonów, z których to ładunków wydobywał proch i urządzał minę dla rozsadzenia skały zamykającej Kinga. Szczęściem zdrowie Nel po codziennych dawkach chininy poprawiło się znacznie, a większa rozmaitość pokarmów wzmocniła jej siły. Staś opuszczał ją jednak zawsze niechętnie i z obawą, a odjeżdżając nie pozwalał jej wychodzić z drzewa i zamykał otwór kolczastymi gałęziami akacji. Musiał jednak z powodu nawału zajęć, jakie na niego spadły, zostawiać ją pod opieką Mei, Nasibu i Saby, na którego zresztą liczył najwięcej. Wolał po kilkanaście razy na dzień jeździć po toboły do obozu Lindego niż zostawiać dziewczynkę samą na dłużej. Spracował się też okrutnie, ale żelazne jego zdrowie wytrzymywało wszelkie trudy. W pustyni i w puszczy, rozdział 34, str 1 biuro tłumaczeń fragment 20 |
| 2008-12-19 04:27:10 |