Ją słońca drogi mlecznej nie omylą; Zdziwiona blaskiem, będzie się podnosić Jako harmonii lekkiej głos, bez końca Ze słońc na wielkie słońca i nad słońca. A gdy się w drogi zatrz

Słowacki, Beniowski

– Lecz widzę, że mię ten liryzm zabija, Że na Parnasu szczyt prowadzi
tłumacz niemiecki stromy, Kiedy czytelnik tę górę omija I woli prosty romans, polskie domy, Pijące gardła, wąsy, psy, kontusze; A nade wszystko szczere, polskie dusze. Wszystko mieć będzie, wszystko mu przyrzekam, Tylko o trochę cierpliwości proszę.
Ja sam na muzę i natchnienie czekam
I czoło moje pomarszczone noszę,
I poematu ekspozycją zwlekam,
I weny ducha lekkiego nie płoszę,
Który na mózgu jak motyl na róży
Usiądzie – aż się kwiat listkami zmruży,
A potem nagle odemknie swe łono
Świeże i jasne – i na okolice
Rozeszle wonie, co wszystko pochłoną. – Ja się zdolnością natchnień bardzo szczycę I tu pokażę, że nie jest zmyśloną, Lecz z moich rymów czyni błyskawice, A mym przekleństwom daje siłę grotów. Czekajcie! – już pieśń zacznę – jużem gotów. Był wieczór. – Z kwiatów wychodziły wonie Melancholiczne, ciemniał las dębowy. Beniowski kazał osiodłać dwa konie: Jeden dla siebie, na drugim domowy Miał jechać sługa. Beniowski na skronie – Chciałbym powiedzieć: włożył hełm stalowy – Lecz nie poemat pisząc, tylko gadkę, Powiem, że tylko wdział – konfederatkę. Zapiął na piersiach szpencer z barankami, Zawiesił burkę z tygrysimi łapy, Wsiadł na koń, spojrzał na ganek ze łzami, Pogłaskał konia – koń otworzył chrapy I w ciemną domu sień zaparskał skrami Na pożegnanie. Klasły dwa harapy – Pana i sługi. I pan ze swym sługą Wyszli z rodzinnych progów – i na długo.
O! gdyby wtenczas jaka nimfa smętna,
Wiadoma ludzkiej przyszłości, krzyknęła:
„Już ty nie wrócisz! i stopy twej piętna
Są tu ostatnie! – lecz jeśli twe dzieła
Zapisze sława wszystkiego pamiętna:
Ten dom, z którego cię nędza wypchnęła,
Będzie świątynią, a te ciche świerki
Pójdą na krzyże i na tabakierki,
A twe koszule porżną na szkaplerze,
A twe papiery – choćby to był tylko
Od ekonoma list albo przymierze
Wiecznej miłości z Handzią lub Marylką –
Sawantka łzami rzewnymi wypierze
I w sztambuch wklei albo przypnie szpilką;
Że twa peruka – jeśli masz perukę –
Frenologistów podeprze naukę;
Że twój but prawy powieszą w Sybilli,
A o znikniony lewy będą skargi”. –
Nie mówię więcej, bo mój rym już kwili
I łzami się już zalewają wargi!
Lecz gdyby jaka nimfa w owej chwili,
Kiedy nasz rycerz na świata zatargi
Puszczał się, takie proroctwo wyrzekła,
Uczułby w sercu coś – coś na kształt piekła. O! dzika żądzo pośmiertnego żalu! Jakim ty jesteś smutnym głupstwem ludzi! Zwłaszcza że wiedziesz prosto do szpitalu Rozmarzonego. A nim się obudzi, Już w jego oczach, jak w mglistym opalu, Błyskają światła, szpitalnicy chudzi, Mniszek pacierze, trumien robotnicy, Mgła – za tą chmurą Pan Bóg na kształt świecy. Ale to wszystko jedno. – Nasz bohater Dom swój opuszczał ze swym starym sługą, Jak opuszczała swój dom panna Plater. A kiedyś, dawniej, Czarnecki z kolczugą. Ach, tak jak później nasz sejmowy krater, Który wybuchnął wielką, jasną fugą Z Warszawy – Wisłę przewędrował promem.
Słowacki, Beniowski tłumacz niemiecki fragment 80

2008-11-11 16:46:44